O rzeczywistości pracowniczej w Polsce na tle Niemiec i Anglii

 

318109.1

- Tak zwraca się do mnie – modulując niczym komputer na pokładzie “Star Trek” –  sprzedawca na stacji benzynowej.
- Nie, nie dzięki. – odpowiadam.
Wzrok sprzedawcy jakby taki trochę nieobecny, a może mówi mi też: „sorry, że muszę Ci to wciskać, ale wiesz tak ktoś to sobie wymyślił.. tak mnie zaprogramowali..”

- Proponuję panu nasz nowy produkt inwestycyjny – zagaja pani w telefonie. Udaje, że jest naprawdę podekscytowana tym, że może komuś po raz 174 dzisiaj zaoferować chłam.

Dziwnie robi się na duszy, gdy odbieram telefony od ludzi próbujących mnie naciąć na kasę. Domyślam się, że nie kochają swojej pracy. Taka profesja: „specjalista od wciskania kitu” Tak zarabiają na chleb.  Rozumiem ich, ale i tak mnie irytują. A ja irytuję ich – jeśli tylko nie kupię. Taki systemowy antagonizm.

Wchodzisz do „zagranicznego supermarketu”

Patrzysz na kasjerki, które zasuwają jak w amoku. Na pana Czesia ochroniarza, który stoi na straży cennych produktów i patrzy na Ciebie złowrogim okiem.

- Do widzenia i zapraszam ponownie – mówi kasjerka tonem robota z gry komputerowej. Nawet na mnie nie spojrzy i nie czeka na odpowiedź. Nie ma czasu nawet na zwykłe uprzejmości. Tylko kasować produkty, więcej, szybciej, profit, profit, targety!! Nie pogadasz.

Ludzie pod powłoką korporacyjnego blichtru i uprzejmości są pełni frustracji i załamania. Nienawidzą mnie jako klienta. Nienawidzą swojej pracy. Nienawidzą świata. Nie ma w nich pasji, nie ma naturalności. Nie ma kreatywności – bo po co? Nikt nie będzie słuchał ich pomysłów.

Dla firmy jesteś zbędny i można Cię wymienić bez problemu. Z ludzi zrobiono automaty do gadania, przewracania kanapek czy wyładowania towaru na półki. Dehumanizacja… Praca, która nie przynosi satysfakcji i nie daje perspektyw. A często wzbudza frustrację i nienawiść do samego siebie.

Kasjerka w Biedronce nie cieszy się, że ma dużo klientów. Nikt jej z tego powodu nie zapłaci więcej.

Sprzedawca w Mc Donaldzie wita mnie uśmiechem tak naturalnym jak cycki Pameli Anderson.

- Dzień dobry w czym mogę pomóc?  - Jego wyszczerzone zęby i pozytywny wygląd mają dawać wrażenie, że jest mu dobrze i wcale się nie wstydzi, że tyra za grosze w Macu. Przecież nie chcemy wprowadzać klienta w zakłopotanie.  Masz pokazywać swoją postawą, że Twoja życiowa misja to zapewnienie klientowi uprzejmej i sprawnej usługi. Wszystko jest w największym porządku..Miło i sympatycznie, to moja dewiza..
Ale..  to, co w głębi duszy  myśli nasz mcdonaldowy sprzedawca to:
- Nienawidzę cię! Spaliłbym całe te rodzinki z rozwydrzonymi bachorami na stosach. A tych otłuszczonych tatusiów, którzy patrzą się na mnie z politowaniem i wyższością – tych to bym kurwa torturował jak w Braveheart.

Violent_Revolution_by_Buszujacy_w_zbozu
Foto: Buszujacy-w-zbozu (deviantart.com)

 I’m lovin’ it..

I tak mija życie.  Normalka. Wysłuchujesz chrzanienia „wciskaczy chłamu” przez telefon, głupio-mądre nowomowy pracowników bankowych, proponujących Ci kredyt firmowy na horrendalnych warunkach. I jeszcze masz kupić od nich przy okazji „fantastyczny” produkt inwestycyjny..

- W życiu! Panie!! Nie chcę. Mam kredyt we frankach.. (bank to mój wróg.. nie ufam, boję się..)

Człowiek, który ufa ludziom – to w Polsce synonim frajera. Nasz krajowy „dobór naturalny” sprawi, że niedługoże gatunek ufnych całkowicie wyginie. Bądź podejrzliwy – bo cię wydymają. Zanim coś kupisz sprawdzaj opinie w necie. Sprawdzaj uważnie, bo opinie też podrabiają. Czytaj wszystkie paragrafy. Dopytuj. Tylko papier się liczy. Patrz na drugiego wilkiem – bo potencjalnie może Cię oszukać – daj mu do zrozumienia jak ważny jesteś – warknij na niego trochę, pokaż żeś gość i masz koneksje – niech nabierze szacunku..

 Na rozmowie o pracę:

- Jakie ma pan doświadczenie w sprzedaży? (czyli: Czy potrafi pan opierdolić nawet największe gówno za nieprzyzwoicie dużą kasę?)

- W moim poprzednim miejscu pracy jako doradca inwestycyjny byłem zawsze w czołówce rankingów sprzedażowych. Tutaj mam referencje. (Krzysztof Japiszon – dobry pracownik, potrafi wcisnąć klientowi totalny szajs, w sposób tak chytry i podły, że klienci przez parę minut nie mogą złapać tchu ze zdziwienia i oburzenia, gdy po jakimś czasie orientują się jak bezczelnie ich oszukano)

- Bardzo dobre referencje! Myślę, że wyznaje pan wartości, których szuka nasza firma. Zawsze dobro klienta na pierwszym miejscu. Czuję, że będzie pan miał wiele sukcesów. (czyli: nic mnie obchodzi jak, ale tak długo jak będziesz wciskał frajerom nasze pseudoprodukty w dużych ilościach to masz robotę zapewnioną, a gdy tylko powinie ci się noga to wypierdalaj)

Praca polegająca na jakiejś formie oszukiwania bliźnich to już nie jest ewenement, to codzienność w wielu branżach.

- Zarobiłem dla firmy milion euro! – Jesteś kozak!! Nie masz z tego złamanego grosza.. ale brawo. Czuj się doceniony. Aż do miesiąca kiedy będzie gorzej:

- Targety!! Kurwa.. Targety!! – Budzi się zlany potem menadżer działu sprzedaży. Co tu zrobić? Znowu mnie szefo opieprzy.. Czy on nie rozumie, że słaby miesiąc był.. Chyba mnie nie zwolni..
- Rozumie. Ale na swój sposób. On cię tylko motywuje. A nic tak nie motywuje jak strach. Żeby czasem Ci do głowy nie przyszło trochę sobie odpuścić:
- Przyciśnij pracowników, nie ma opierdalania się. Wszystko ma chodzić jak w zegarku. A jak któryś ma jakieś ale? To postrasz zwolnieniem – zaraz się wyciszy.. Ma być profit!!

Uciskany pracownik zapieprza – a to najważniejsze. Chowa w sobie tę zadrę, to poniżenie. Ale kiedyś się odegra:
- Niechno tylko będzie okazja to i ja kogoś wydymam.
Wykorzystanie drugiego nabiera dla niego wymiaru niemalże terapeutycznego;
- Nie jestem frajer potrafię też grać ostro, jestem coś warty.

A gdy dadzą takiemu niebieską koszulę menedżera – zaraz pokaże na co go stać. On już nie jest plebsem. Teraz ma władzę, jest kimś. Tak jak fala w wojsku; kiedyś mnie gnębili to teraz ja pognębię.

Dlaczego świat czasem wygląda w ten sposób? Może być przecież inaczej:

Man's_happiness_after_they_saw_Lisanna

Przyjemnie wchodzi się do sklepu, który prowadzi Twój sąsiad. Jest uśmiechnięty, znacie się bardzo dobrze, atmosfera jest przyjacielska. Ów właściciel z radością dba o sklepik i poświęca mu mnóstwo czasu. Nie dlatego, że musi. Dlatego że chce. Im lepiej pracuje tym więcej zarabia. Nie czuje się wykorzystywany. Wszystko zależy od niego. Każdy klient to dla niego radość i nagroda za ciężką pracę. Ma czas pogadać, uśmiechnąć się i wymienić kilka dowcipnych uwag podczas kasowania towaru. Żadnych systemowych głupich haseł, żadnego „a może kawę”, czy „zapraszam ponownie”. Naturalność.

Warto też wejść do lokalnej restauracyjki, prowadzonej od kilku lat przez rodzinę Kowalskich, gotowanie to ich pasja. Hitem są pierogi przygotowane według receptury ich babci, których nie zjesz nigdzie indziej. Nikt nie nosi sztucznych uśmiechów, przykrywających nienawiść. Kelnerką jest córka właściciela i lubi swoją pracę. Im więcej klientów tym więcej zarobią. Oryginalny wystrój wnętrza robił właściciel wraz z lokalną złotą rączką, a twoim sąsiadem. Możesz wejść pogadać. O pogodzie. O tym co słychać. O czym chcesz. Nie interesuje ich tylko przemiał i szybki zysk. Liczy się też atmosfera. Autentycznie cieszą się na Twój widok. Polecił Ci kiedyś Andrzeja lokalnego doradcę inwestycyjnego.

Andrzej nie dba o targety bo prowadzi niezależną firmę. Nie wciska Ci chłamu, szuka najlepszych rozwiązań. Nie ma narzuconych produktów do sprzedaży. Odkąd poznali was Kowalscy – zrobiłeś mu stronę internetową i pomogłeś rozkręcić biznes. Przyjaźnicie się.. Teraz Andrzej z uśmiechem na ustach pomaga ci wybrać.. Ale zaraz! Stop!!

 To jakieś mity są..

Przecież tak się nie da. Gdzie są ci Andrzeje i Kowalscy? Duże firmy ich wykoszą i tyle. Jest firma: musi być hierarchia i musi być wyzysk. Taka działa świat.. Nie wszyscy nadają się żeby prowadzić własną działalność. Zresztą np. małe sklepiki nie mają przyszłości. Ludzie chcą kupować w supermarketach.

- No i skąd kasę wziąć na biznes? Wiesz przecież jakie są banki… I jak trudno o kredyt..

Ale nie wszystkie kraje są tak zorganizowane jak nasz…

Przykładem mogą być Niemcy. Bardzo dużą rolę odgrywają u nich małe i średnie przedsiębiorstwa działające na zasadzie kooperatywów (Mitbestimmung). Nie ma teraz miejsca by wchodzić w szczegóły – ale koncept polega na tym, że pracownicy mają istotny głos w procesie podejmowania decyzji w firmie, a co za tym idzie – uczestniczą w podziale zysków.

Lokalne firmy wspierane są przez niezależne banki (Sparkasse), które działają tylko w obrębie lokalnej jednostki administracyjnej i nie mogę pożyczać pieniędzy poza nią. Sparkasse odpowiadają za 40% wszystkich pożyczek biznesowych w Niemczech. Sparkasse nie pracują na profit, ich udziałowcami są miasta bądź gminy. Zarządzane przez władze lokalne – działają dla dobra miejscowych.

Dlaczego u nas tak się nie da?

Może dlatego, że bezmyślnie oddano praktycznie cały sektor bankowy w ręce prywatnego, obcego kapitału. Nie ma powodu dla którego te banki miałyby się przejmować potrzebami polskich społeczności lokalnych i małych biznesów. Interesuje ich tylko łatwy i bezpieczny zysk. A na dodatek zagraniczni właściciele nie znają polskiej specyfiki i nie czują się w żaden sposób z tym krajem związani.

System niemiecki jest z wszech miar wyjątkowy. Ale np. w Anglii też bardzo popularne są kooperatywy (co-operatives),  działają na innych zasadach niż te niemieckie:

Historia angielskich kooperatywów sięga 1844 roku. Były one zakładane przez lokalne społeczności nawet w  małej wiosce, które zakładały wspólnie np. sklep. Był on własnością członków kooperatywu, bez względu na to, czy byli pracownikami czy tylko klientami. Zyski z prowadzenia sklepu były wypłacane w formie dywidendy wszystkim członkom, proporcjonalnie do poniesionego wkładu.

Obecnie niektóre kooperatywy to ogromne firmy, jak na przykład „John Lewis”, który działa w wielu branżach, z czego najbardziej znana jest sieć supermarketów „Waitrose”. Każdy pracownik firmy wchodzącej w skład „John Lewis Group” jest jej współwłaścicielem i oprócz pensji dostaje swój udział w zyskach całej grupy (znaczna suma pieniędzy), a poza tym ma bezpośredni udział w zarządzaniu lokalną jednostką w której pracuje. Na podobnych zasadach funkcjonuje grupa „Co-operative” która prowadzi mnóstwo biznesów takich jak np. sieć lokalnych marketów, warsztaty samochodowe, agencje podróży a nawet banki.

Kooperatywy to znaczna część ekonomii brytyjskiej i ich udział ciągle rośnie. Liczbę członków różnego rodzaju kooperatywów szacuje się w UK na 13.5 miliona ludzi.

Dlaczego u nas tak nie jest?

Znowu kłania się okres transformacji systemowej. Przed 1989 rokiem – teoretycznie państwowe było prawie wszystko. Po upadku komuny – należało to sprywatyzować. Niby prywatyzacje pracownicze czasem się zdarzały. Ale niestety w praktyce większość biznesów zostało przejętych w końcu przez obcy kapitał.

Podstawową działalnością brytyjskich „co-opów” są supermarkety – nieprzypadkowo – bo są to biznesy przynoszące duże i stałe zyski, które jeśli zostają w lokalnym obiegu – służą rozwojowi regionu.
Jak to wygląda w Polsce, to chyba wszyscy mamy świadomość… 90% dużych sklepów to kapitał obcy. A im zależy bardzo na tym, by właśnie jak najmniej pieniędzy zostało w lokalnej społeczności. Kasa ma płynąć dużym, najlepiej nieopodatkowanym strumieniem – poprzez rajd podatkowy – wprost do kieszeni zachodnich właścicieli, prezesów i udziałowców.

3007409919_14a65dd367Foto: Swiatoslaw Wojtkowiak (www.flickr.com)

Podsumowanie

Na pewno przyjemniej pracuje się w sklepie, który w jakiejś części należy do pracownika, a ten czuje się za niego odpowiedzialny. Fajniej zamiata się podłogę, gdy masz świadomość, że dostaniesz sporą część zysku z utargu za ten rok. Łatwiej o entuzjazm i kreatywność – gdy wiesz, że masz realny wpływ na decyzje podejmowane przez zarząd. I, że nikt nie ma prawa Tobą pomiatać, czy też za jakąś błahostkę zwolnić. Na dodatek ludzie sami z siebie raczej rzadko wybierają strategię oszustwa, gdy nie są do tego zmuszani. Nikt nie chce być źle postrzegany przez lokalną społeczność.

W Polsce koncept kooperatywu istnieje pod nazwą „spółka pracownicza”. Nie jest to popularna forma działalności z wielu powodów. Dla dociekliwych polecam artykuł z linku.
Ciężko nawet znaleźć jakieś rozbudowane informacje o tej formie działalności po Polsku. Media mają to gdzieś – lepiej pisać o “gender”. Dlatego linki w tym artykule są najczęsciej po angielsku. Większość polskich znajomych, z którymi rozmawiam o koncepcji kooperatywu, przyznaje, że nigdy o tym nie słyszała i nie była świadoma, że tak wiele firm np. w Anglii działa na tej zasadzie.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że kooperatywy to nie jest lek na całe zło w Polsce i to tylko niewielka część skomplikowanej układanki. Poza tym, wszystkie negatywne zjawiska wymienione w pierwszej części artykułu można również spotkać w Anglii czy w Niemczech. Natomiast, nie da się ukryć, że żyje się tam lepiej i ludzi są dla siebie milsi. Jestem przekonany, że tamtejsze rozwiązania prawno-gospodarcze w jakimś stopniu na to wpływają.

Moim zdaniem podstawowym warunkiem sukcesu gospodarczego (przez sukces rozumiem bogacenie się wszystkich klas społecznych) jest rozwój lokalnej przedsiębiorczości. Małe i średnie firmy muszą mieć ku temu odpowiednie warunki; przede wszystkim musi być dostępny pieniądz krążący w lokalnej ekonomii i nie wyciekający na zewnątrz.

Można tylko ubolewać nad tym, że nie kopiowaliśmy sprawdzonych rozwiązań, nie szukaliśmy też własnych ani nie uchroniliśmy – dynamicznie rozkwitającej polskiej przedsiębiorczości w okresie transformacji – przed zagrożeniami. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. Ale to temat na inny artykuł.

 

 Łukasz Pragier

 

 

12 przemyśleń nt. „O rzeczywistości pracowniczej w Polsce na tle Niemiec i Anglii

  1. Hmm… W polsce to by i tak nie wyszlo.
    Przychodzi “wspolwlasciciel” do sklepu i chce na kreche.
    Albo “ty nie wiesz kim ja jestem”
    Albo “szybciej bo cie moge zwolnic”
    Na co oczywiscie kasjer odpowiada “ja tez jestem wlascicielem”. I zaczyna sie dyskusja np kto ma lepsze wyksztalcenie, a kto musi zapier… na kasie.

    Sorry, ale nasza me talnosc na dzien dzisiejszy nie pozwoli na cos takiego. Od “zagraniczny kapital, to mozna krasc” przejdziemy do “wszystkich, to niczyje”, co – swoja droga – juz przerabialismy.
    Smutne, ale prawdziwe.

    1. W kooperatywach angielskich własność rozdrobniona jest na setki pojedyńczych ludzi. Wszelkie decyzje co do zwolnień, czy zmiany funkcjonowania sklepu muszą być zatwierdzone przez większość. Nie może być sytuacji, że ktoś przychodzi i chce coś na “krechę”. Współwłaściciel przychodzący do sklepu jest obsługiwany jak każdy inny klient, i nie ma żadnych dodatkowych praw.

      Trochę więcej wiary! Ja uważam, że w Polsce może być dobrze. A nasza słynna mentalność to pokłosie różnych systemów, które miały i mają na nas wpływ. Łatwiej jest być miłym dla innych – kiedy ma się pieniądze na spokojne życie.

  2. Czytając o angielskich co-operatives od razu nasunęły mi się nasze polskie spółdzielnie (nie mylić ze spółdzielniami mieszkaniowymi, które nie są nastawione na zysk). Jeśli za spółdzielnie wezmą się odpowiednie osoby, to może ona spełniać takie same funkcje jak angielskie co-operatives. Np. nasze sieci sklepów Społem są spółdzielniami w których członkowie (współwłaściciele) niejednokrotnie mają w nich pracę itd. Jedynym problemem u nas jest to, że ciężko się “dostać” do takiej spółdzielni, czyli wykupić udziały. Z czego się orientowałem to polski Kowalski może stać się współwłaścicielem takich spółdzielni jak Banki Spółdzielcze, SKOKi i jedyne w swoim rodzaju Spółdzielcze Media Wnet (ci od znanego Radia Wnet). Nie znam żadnych innych przykładów, co świadczy o tym, że jest to rzadkość u nas. Czyli to co pisał wyżej autor, zagraniczne koncerny “rządzą” :(

    1. A to bardzo ciekawy komentarz. Nie widziałem, że Społem funkcjonuje na takiej zasadzie. Muszę zgłębić temat spółdzielni, Skoków itd. bo to bardzo interesujące. Dzięki i Pozdrawiam!!

      1. Temat bardzo ciekawy, jakiś czas temu go zgłębiałem. Polecam zapoznać się również z samą ustawą o spółdzielniach z 1982 roku (sic!). Może przez to, że ludzie uważają je za twór rodem z PRL (chociaż niesłusznie) to są słabo popularne. Mi osobiście podoba się to, że spółdzielnie nie są tak agresywnie nastawione na zysk jak zachodnie korporacje. No i każdy udziałowiec, niezależnie od ilości udziałów w spółdzielni ma jeden głos, czyli demokracja, a nie że jak ktoś bogatszy (ma więcej udziałów) to może narzucić coś “biedniejszej” reszcie.

    1. Zbieram siły, żeby opracować tygodniki i czasopisma wydawane przez polski kapitał. To strasznie żmudna robota – za tydzień dwa powinno być.. Zdecydowanie łatwiej pisze się lżejsze teksty publicystyczne..

  3. Temat poniekąd mi bliski i cholernie frustrujący. Ostatnio czytałam reportaż o wytwórni Muszynianki, która również działa na zasadzie spółdzielni i po tym tekście tym bardziej będę kupować ich produkty. Widać, że wbrew pozorom coś takiego ma szansę funkcjonować, tylko potrzeba do tego ogarniętych ludzi i przede wszystkim dobrej woli.
    Ja z kolei zajmuję się reklamacjami i zdecydowana większość to skargi na tych wszystkich wysoce skutecznych sprzedawców, którzy zapominają wspomnieć o różnych nieistotnych szczegółach, np. że cały czas podają kwoty netto. Ale to oni koszą prowizje.

  4. Genialny tekst , poważny temat ale ujęty w sposób humorystyczny.
    Mam takie marzenie aby zrobić taki bojkot produktów zagranicznych na korzyść polskich i korzyść małych sklepów prowadzonych przez małych przedsiębiorców czy bazarków . Trzeba by taką modę na made in Poland wprowadzić na takiej zasadzie jak jest teraz moda na produkty diy/handmade, moda na wegetarianizm czy ekologiczną żywność.

  5. Z tym John Lewisem to nie jest aż tak różowo , pracowałem tam przez krótki czas , uczestnictwo w spółdzielni to tylko chwyt żeby wycisnąć z ludzi jak najwięcej . Jak się porówna zarobek w JL , czyli podstawa + bonus od zysku z tym co mają w innych sieciach (Morrison, Sainsbury , Tesco) na normalnych zasadach(czyli bez udziałów w zyskach) to wychodzi na to samo.

    Jest dużo młodych ludzi 16-19 latków i duża rotacja, jest dużo załamań nerwowych wśród pracowników. Klienci okropni, czasem potrafią obrzucić wyzwiskami, bo wiedzą że mogą

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>